toorealgirl
toorealgirl.blog.interia.pl
<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
Księga gości
 
O mnie
toorealgirl
Miasto... takie małe
Słówko o mnie
Chodząca wredota, każdemu chce dogryźć. Myśli, że jest fajna, chociaż to tylko pobożne życzenia. Raczej leń. Sprząta dwa razy w roku. IQ? Bardzo niskie :)
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
653
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
105
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
3
Notki
2011-01-10
Dawno mnie to tak jakby nie było. Przez to nie wypisywałam tu głupot i nic nieznaczących pierdołów. Nie beczałam, że nic nie umiem na olimpiadę, nie wypisywałam nic  o Niej, jak bardzo mnie wkurza, że się z Nią pogodziłam, ale nadal mnie wkurza. Nie pisałam, że nie chodziłam na gramatykę z angielskiego przez jakieś dwa miesiące. Nie pisałam, że znienawidziłam matmę. Nie pisałam, że nic nie umiem do próbnych egzaminów. Nie pisałam, jak bardzo wzruszyły mnie niektóre filmy. Nie pisałam, że zakochałam się w pewnych piosenkach. Nie pisałam tego, do czego sama się nie przyznaję :)
I nie pisałam, że rozwaliłam laptopa (a właściwie dysk C), przez co wszystko potem musiałam zabałaganiać tak, jak wcześniej miałam zabałaganione. Ale ściągnęłam sobie google chrome i tam nie właziły mi notki na bloga, po czym dostawałam wścieku i nie pisałam drugi raz w explorerze.
Tak więc pochwalę się: przeszłam do finału olimpiady z polskiego, przez co cały czas się puszę i wymądrzam :) A z polskiego nie umiem nic. Poza tym, co do olimpiady. Pisałam ostatnio sprawdzian, na który umiałam mniej więcej tyle:
ja: Piek, a jaki jest wniosek ze "Ślubów panieńskich?" Każdy facet to świnia?
Piek: Nie wiem, chyba.
Mączuś: No, popatrz się K. np. na takiego Czarnego. To świnia.
Piek: A tam był tytuł tej książki! Zapamiętaj go sobie: "Męża Kloryndy życie wiarołomne!"
***
Po sprawdzianie:
ja: Napisałam "Męża Klaromeny życie niewierne."
Mączuś: A ja nic. Ostatnie było banalne. Powinniśmy być dziećmi.
ja: Ja napisałam, że powinniśmy bardziej doceniać świat... A tych 451 stopni w ogóle nie czytałam...
To było bardzo ambitne.
A podczas świąt miałam doła. Bo ja naprawdę nie lubię świąt. Próbowałam zabić magię świąt i tak średnio mi wyszło. Przynajmniej sylwka miałam udanego. I nieśmiertelne hasło Piek: "B., (mój brat) jesteś fajny. Ale kocham K. (jej chłopak, właściwie to już chyba były). Idę do Grzywki."
I tak pół nocy :)
Od olimpiady (3 grudnia) prawie ciągle jestem chora. Od około miesiąca codziennie głowa mnie boli...
A tak poza tym, to niewiele się u mnie przez ten czas działo.
Dzisiaj w szkole nie było Zaistego. Podeszłam do koleżanki z kółka z polskiego i mówię jej: "Nie ma Zaistego!"
ona: "Dlaczego?"
ja: "Nie wiem, bo do mnie nie dzwonił." - z ironią, oczywiście. Po czym jakąś godzinę temu... zadzwonił do mnie!
Dobra, za bardzo się rozwlekłam. Zatem - kończę.
2010-11-11
Dawno mnie tu nie było... przynajmniej w moim mniemaniu. Chyba od tego czasu zdążyłam łapnąć niezłego doła, wyjść zniego i wpełznąć do kolejnego.
W moim niemal piętnastoletnim życiu zdążyłam już nabyć kilka wspomnień, których nie dałabym w prezencie największemu wrogowi. Chociaż panienka KaKa? Nie, nawet jej. I naszło mnie dzisiaj parokrotnie na wspominanie tych wydarzeń. A one bolą mnie jak nic innego. Więc nie będę ich tutaj przywoływać.
We wtorek byłam na wycieczce klasowej w Krakowie. Z naszym sprytnym kierowcom wpakowaliśmy się w prawie dwugodzinny korek na Nowohuckiej. A potem w jeszcze dwa, ale znacznie mniejsze. Zaisty wszystkim wmawiał, że wrócimy najpóźniej o 15. Spektakl skończył się o 13, a w naszym małym miasteczku byliśmy o 17.45. Bo zahaczyliśmy też o Tesco w celach kibelkowych. Zamiast 20 minut, spędziliśmy tam ponad pół godziny. Pierwszaczki i ich wychowawczyni się spóźnili. Zaisty spóźnił się na wywiadówkę. O 17 było spotkanie z dyrektorem, a on długo nie gada. Ode mnie nikt nie poszedł, więc jak było dokładnie - nie wiem. Chłopaki mieli o 16 trening, a Piek Pieki o 17 występ w muzycznej. Przynajmniej nam Zaisty odwołał zadanko z polskiego (6 stron w ćwiczeniach). Ale eseju nie odwołał. I z tego eseju wyszło mi... takie nic. Bo jak się komuś uśni, żeby pisać o wietrze, to nie może się udać. Połowa chłopaków mówiła mi, bym napisała o kaktusach. Jednak Ciocia Wikipedia wiedziała na ich temat za dużo, a ja nie rozumiałam tam większości słów. Zatem został wiatr. Lub deszcz, ale deszcz jest nudny.
W ogóle nie mam czasu. A jak już mam, to muszę pisać notatki z "Drużyny Pierścienia." Ok, lubię tę książkę, ale czytać. I nie robiłabym notatek, tyle że tak się z koleżanką zgadałyśmy. Ona zrobiła Księgę Wyjścia (której dalej nie pojmuję) i "Córkę Czarownic", a ja mam zrobić "Drużynę Pierścienia" i "Gringo wśród dzikich plemion."
Z ciekawszych rzeczy... nie ma takich. Taka prawda - jestem nudna jak flaki z olejem. Raz się wydarłam na Genialnego Matematyka i on się zaczął przede mną chować. Co jak co, gdy już wyjdę z gimnazjum to już chyba nie będę miała nauczyciela, na którego będę sie mogła bezkarnie drzeć. Ja już sama nie wiem, ile razy się na niego wydzierałam. Trochę tego było.
Teraz zupełnie z innej beczki. Takie mam przeczucie... że w tym roku wszyscy zapomną o moich urodzinach. Może nie tyle przeczucie, co obawę. Nie robię w tym roku imprezy, bo mi się nie chce. Ale i tak zdaje mi się, że nawet rodzina zapomni.
Ech, jestem beznadziejna. Ciągle narzekam i smęcę. I najchętniej wiecznie byłabym smutna. Sama bym o sobie zapomniała, gdybym miała taką możliwość.
2010-10-31
W końcu postanowiłam napisać. Tak jakoś nie mogłam się do tego zebrać...
Jutro mamy Wszystkich Świętych. A to oznacza korki na mojej ulicy. Bo przy mojej ulicy mieści się jedyny w mieście czynny cmentarz. Czynny cmentarz... głupio brzmi. Mamy jeszcze jeden, żydowski, ale wstęp tam jest zakazany. Chyba. Bo nie widziałam jeszcze słit foci stamtąd. W każdym bądź razie, jeśli już mniej więcej od piątku trudno jest do nas dojechać, jutro zapowiada się masakra. Chociaż koło cmentarza mamy tak jakby trzy parkingi, i tak ludzie się wpychają niektórym do ogródka. Miejsca jest za mało. Jeden sąsiad postawił sobie prawdopodobnie w sobotę zakaz wjazdu :) Zresztą ja się nie dziwię, skoro rok temu prawie mu pod drzwiami parkowali...
Dzisiaj zrobię przegląd z dwóch tygodni, jak chodzi o sprawy z Nią. 14 października napisałam Jej, że Jej nienawidzę. 15 nie przyszła do szkoły (trzy kartkówki i sprawdzian - ciekawy dlaczego Jej nie było?). W poniedziałek 18 odzywała się do mnie, jakby nigdy nic. Żartowała itp. A ja nie chciałam być niegrzeczna, więc odpowiadałam. Chociaż osobiście mi to nie odpowiadało. 19 na informatyce z Grzywką przeglądałyśmy fotoblogi. W tym Jej. Śmiałyśmy się, że ma wszystkie zdjęcia takie same (ewentualnie zmieniony kolor), śmiałyśmy się, jak to pisała o mnie itd. Oczywiścia Ona nie była by Nią, gdyby nas ciągle nie kontrolowała i nie podsłuchiwała. Lekcja się jeszcze nie skończyła, a ona już miała zahasłowanego fbl-a. Oj, z tego to się dopiero śmiałyśmy. Dni mijały, a Ona nadal robiła za moją przyjaciółeczkę. 25 października na wf-ie robiłam rogi Dobranocce. Wtedy to Ona zaczęła się zaśmiewać, jakbym to właśnie ją bardzo starała się rozbawić. Piek Pieki czuła się cały dzień źle, a już przed pierwszą lekcją wydawała mi się nieco blada. W szatni spytałam się ją, jak się czuję. Zaczęła mi mówić, że źle, dalej boli ją głowa, brzuch i coś jeszcze, ale już zapomniałam. Wtedy to Ona naskoczyła na Piek Pieki, żeby przestała robić z siebie męczennicę i już nie gadała na prawo i lewo co jej jest, bo Ją też głowa boli i o tym jakoś nie mówi. Wtedy to ja zaczęłam na Nią wrzeszczeć, że zapytałam Piek Pieki i miała prawo mi odpowiedzieć. Połowa dziewczyn zaczęła pyskówkę, po której wściekła Ona wypadła z szatni, zapominając parasola. Wróciła po parasol i odwiecznie wierną Dobranockę.
W dniu następnym dowiedziałam się jak Ona i Podróbka Grzywki potraktowały Nieroba. Strasznie się na nią obraziły, bo nie miała ochoty pójść po różańcu do parku. Wtedy zaczęłam sobie to ładnie w główce kalkulować: Nierób zadaje się z Nią, aktualnie są pokłócone, więc nie powinno być problemy z wyciągnięciem od Nieroba hasła. I... udało się :) Zaczęło do mnie dochodzić, jakim potworem się staję, ale już trudno. Oficjalnie mamy wojnę w klasie. W domu weszłam na Jej fbl-a... Koniec wpisu z 20 października: je**na marchewka, pi***daaa K. Po czym udawała, że między nami jest wszystko ok. Nie będę już komentowała tej marchewki przed Nią. Jak jest daltonistką, to trudno. Co jak co, ale do rudego troszeńkę mi brakuje... Ale cóż. Nie mój problem. Do tego obrażała tam otwarcie Piek Pieki i pisała niepochlebne komentarze o całej naszej 3e. Następnego dnia (27 października) nie przyszła do szkoły, bo miała pogrzeb sąsiada o 15 (lekcje kończyliśmy o 13.35, ostatni był wf, ale wcześniej mieliśmy chyba dwie kartkówki i polski). Ja do domu przyszłam o 14. W każdym bądź razie ktoś rozpuścił hasło po całej klasie i wszyscy ci, którzy jakoś się angażują w życie naszej klasy są przeciwko Niej. Oprócz Dobranocki. Podróbka Grzywki jest gdzieś pomiędzy. Jeden chłopak pytał Ją, kiedy wypisze się z naszej klasy albo lepiej, ze szkoły. Na matmie wszyscy się z Niej śmieją (nawet Genialny Matematyk). Zwłaszcza wtedy, gdy miała pomnożyć 3*3 wyciągnąć pierwiastek z 16. I tego nie umiała zrobić. Inny chłopak chyba splunął jej w twarz (ale tego nie jestem pewna, bo na tej jednej lekcji przesiadłam się). W piątek zaczęła coś szeptać do Podróbki Grzywki, na co ona odpowiedziała: "Na gg to każdy potrafi burzyć." Wtedy, żeby nie było, powiedziałam: "Co, N., o mnie ci chodzi? Mogę ci to powiedzieć wprost. Nienawidzę cię." I nie usiadła ze mną w ławce. Może nie chodziło o mnie, biorąc pod uwagę to, że nienawidzi Jej teraz całkiem sporo osób z klasy. Ale wolałam wyrazić się jasno, bez żadnych niedomówień. Ona usunęła wszystko, co złe o mnie i Piek Pieki z fotobloga, założyła nowe hasło, które rozeszło się jeszcze szybciej. Ktoś zdążył wrzucić komentarz. Usunęła fotobloga. O, zapomniałam. Ten, który pytał Ją, kiedy się wypisze wrzeszczał na pół korytarza: "Nienawidzę jej! Nienawidzę jej! Nienawidzę jej!" Oczywiście chodziło o Nią. Jeszcze inny chłopak pytał Dobranocki i Podróbki Grzywki, dlaczego są takie fałszywe, bo muszą takie być, jeśli zadają się z Nią. Zapytał też Jej, czy może pozdrowi go ze swojego fotobloga, szydząc z Niej zarazem. Mamy wojnę.
A teraz jak chodzi o mnie. Może i pisałam o Niej, że Jej nienawidzę. Ale nigdy nie nazwałam Jej tak jak Ona mnie. Tym bardziej na forum publicznym. Chyba że o czymś zapomniałam, coś co kiedyś napisałam, ale wątpię. Tak, jestem potworem. I coś ze mną nie tak, skoro piszę o tym bez zawahania. Bez jakichkolwiek... wyrzutów sumienia? Chociaż nie jestem pewna, czy ja sama zrujnowałam Jej życie. Bo ja tego na Jej fotoblogu nie napisałam. Na pewno Jej życia nie ratuję. I nie mam zamiaru. Za bardzo mnie zraniła.
 
2010-10-22
Postanowiłam dzisiaj odbiec trochę od tematów, które głównie poruszam. Nie będzie dzisiaj nic o szkole, ani o Niej. O życiu rodzinnym też nie. Chociaż o tym to ja chyba tak czy siak rzadko piszę.
Akurat ten temat nurtuje mnie od jakiegoś czasu. I nie wiem, jak go nazwać. Po prostu już napiszę.
Od jakiegoś czasu nachodzi mnie na myślenie, mnie, osobę, która nie ma jeszcze lat piętnastu, o... przeszłości. Nawet samo myślenie nie byłoby takie dziwne. Ale o przeszłości - wydaje mi się, że to lekka przesada. Moja psychika pozostawia wiele do życzenia. Moje dzieciństwo (tak się odważę nazwać lata 1995-2005) zawsze wydawało mi się długie. Jakby było wiecznością. Mając lat 5, 6 miałam wrażenie, że żyję już strasznie długo. Dni mijały powoli, raz bawie się tu, raz tam. Raz jestem sobą, raz mamą, raz pieskiem, raz nie-wiadomo-czym. Dzisiaj upiekę placki ziemniaczane z błota, jutro ugotuję spaghetti z trawy, pojutrze zrobię zupę z jabłek. W przedszkolu połapię ślimaki (ze skorupkami), w domu rozdeptam mrówki. W piaskownicy nasypię piasku na głowę Andzi, w Wiktorię rzucę kulką z mokrego piasku.
I w ten sposób każdy dzień był inny. A zejść w dół ogródka przy przedszkolu, tam gdzie nikogo nigdy nie ma - marzenie! Swoją drogą, raz czy dwa razy udało mi się tam dostać. Nic ciekawego. Po prostu ktoś posadził tam byle jak jabłonie. I było pełno pokrzyw. Dobra, ale nie o tym mowa. Później zaczęłam poznawać koleżanki z ulicy. Bawiłyśmy się niemal codziennie. Czułam się, jakby moje dzieciństwo nigdy nie miało się skończyć. Przecież tyle zostało do zrobienia! Ten domek, ta baza, ta siedziba. Oj, dużo tego było. Dotarłyśmy nawet pod płot cmentarza, gdzie miałyśmy kilka kryjówek. Podobno wyrzuciła nas stamtąd sama dyrektorka cmentarza. Nie wiem, nie było mnie wtedy jakiś czas. Siedziałyśmy nawet na starych nagrobkach, które ktoś wyrzucił obok nieużywanej bramy. Siedziałyśmy... tam była nasza baza przez miesiąc lub dwa, po czym gość, mieszkający niedaleko zaczął się wkurzać. Robiłyśmy tyle tego wszystkiego... nawet raz poszłyśmy na cmentarz w poszukiwaniu zużytego znicza, bo nie miałyśmy gdzie wsadzić glona wyłowionego z "Potucka." Miało to być rybą.
I to miało trwać wiecznie. Inna opcja nie istniała. Na zawsze być dzieckiem. Ale w piątej klasie wszystko skończyło się na wieki wieków. Już dawno nie byłam na starych nagrobkach, w skrytce koło płotu cmenatrnego. Z koleżankami z ulicy widywałam się coraz rzadziej. I po prostu... wszystko się skończyło. Na cmentarz nie chodzę, żeby podprowadzić starego znicza, ale na grób Babci i Dziadka.
A wszystkie rzeczy, które chciałam zrobić te dziesięć lat temu... nigdy ich nie zrobię. Teraz zaczyna to do mnie docierać. Nigdy nie zawrócę czasu. Nie cofnę go. Nie będę dzieckiem. Dziewczyny z ulicy... w ogóle się do siebie nie odzywamy. A dla mnie to jest takie dziwne: dlaczego nie wrócę do tych czasów, kiedy katastrofą było roztarganie glona? Przecież to niemożliwe. Muszę wrócić i to wszystko odkręcić. Ale nie mogę. Polana zniknęła. Potucek może i płynie dalej, lecz ludzie od parkingu przy cmentarzu odgrodzili go barierkami. Nasze oczko wodne zostało zasypane. Szklarnia zliwidowana. Jakoś nie potrafię sobie tego uświadomić, że to już minęło. Kiedy? Przecież miało trwać wiecznie...
I kim teraz jestem? Kim się stałam? Z radosnej dziewczynki, która kochała kolorowe koszulki i sukienki, stałam się smętną małą dziewczynką, wiecznie zagubioną, najchętniej chodzącą w czarnych kolorach lub w ciemnych odcieniach niebieskiego. Ostatnio sukienkę założyłam jakieś pięć lat temu. Radosna dziewczynka gdzieś się zgubiła. Pozostała dziewczynka, która dwa tygodnie temu przepłakała pół różańca. Płakała, bo nie wiedziała, co się z nią stało. Bo zgubiła swoją siostrę Radość dawno temu, ale zapomniała jej poszukać. I chociaż udawanie swojej siostry wychodzi jej nieźle, ona sama będzie żyła ze świadomością, że nawet nie spróbowała szukać. A co, jeśli Radość już umarła?
Nie chcę zatruwać innym życia. Nie chcę być wiecznie smutna. Chcę wrócić... do siebie.
Tyle.

"Czyż istnieje bowiem coś bardziej przerażającego, niż zdać sobie sprawę, że mamy chwilę teraźniejszą? To że potrafimy w ogóle przeżyć ten wstrząs, zawdzięczamy wyłącznie temu, iż z jednej strony chroni nas przeszłość, a z drugiej przyszłość."
~Virginia Woolf

 
2010-10-16
I znowu siedzę przed laptopem w poszukiwaniu natchnienia... Jeszcze jedno opowiadanie by mi się przydało napisać. Temat zawsze przychodzi mi z trudem, natomiast jak chodzi o miejsce akcji - banał. Mogłabym je wymyślać tak bez końca... bo co jak co, ale kocham opisy statyczne. Czy jak to się zwie :)
Szukam też w miarę dobrych filmów. Dających do myślenia, ale też ciekawych. Wtedy próbuję myśleć i coś (niekoniecznie dobrego dla świata) z tego wychodzi ;)
Moja mama wzięła i pojechała do Paryża, a ja od razu musiałam zrobić rewolucję w kuchni. Zaczęło się niewinnie. Od doprawiania bigosu. Zostało go mało i nie chciałam przypalić garnka. Więc wsadziłam tam margarynę :) Następnie wpadł mi do główki pomysł "a może by tak sypnąć oregano?" I oregano wylądowało w garnku. A z nim majeranek. Na szafce stała musztarda. "Hmm... Bigos z musztardą? Czemu nie?" W bigosie wylądowała musztarda. I - co najdziwniejsze - smakowało mi to! Nie byłabym sobą, gdybym na jednym marnym bigosie poprzestała. A więc - tortilla. Okazało się, że kompletnie nie umiem sobie poradzić z pokrojeniem kurczaka, jednak tortilla jako całość wyszła w miarę dobra :) I wsadziłam tam tyyyyyyyyyle kukurydzy... Jestem z siebie dumna.
Dwie osoby naraz zaczęły do mnie pisać na gadu i wybiły mnie z rytmu. Pokłóciłam się z Nią. Tego bloga zaczęłam chyba pisać w lutym. Kiedy to bardzo się na Niej zawiodłam. I od tego czasu było już tylko gorzej. Aż do czwartku, gdy w końcu udało mi się z Nią porozmawiać. Napisałam Jej, że Jej nienawidzę. Tak w skrócie. Miałam już dość duszenia tego w sobie.
"Była to jedna z tych bezksiężycowych nocy..." Tak właśnie chciałabym zacząć opowiadanie. Do innego musiałam wepchnąć "rubinowe słońce." I w ogóle mam takie dziwne czasem epitety w głowie.
Już dawno miałam zapytać Grzywkę o jej numer gg. I ciągle zapominałam, aż w końcu do mnie dzisiaj napisała :) Teraz się nie muszę pytać. Tak sobie pomyślałam zaraz po skończeniu z Nią, że teraz to pewnie będę pisać tylko z braćmi. A tu... niekoniecznie ;) I popisałam sobie z jedną koleżanką, z którą rozmawiam bardzo rzadko :) Nie jest aż tak źle, jakby mogło być.

"Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili,
kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy kochasz kogoś,
przestałeś go już kochać na zawsze."
~Carlos Ruiz Zafón
 
2010-10-13
Postaram się streszczać. Napisałam kilometrową notkę, po czym szlag ją trafił.
Human: masakra. Z zamkniętych: 14/20, rozprawka nigdy nie poszła mi tak źle. Z mat-przyra z zamkniętych: 20/25. Do tego z fizyki 0/7. Wprost genialnie. Nikt nie poznał się na moim intelekcie i uznał mi mojego wymyślonego wzoru :(
Teraz się rozwlokę. Przed polskim siedzimy przed klasą. Zaisty nie wychodzi z sali. W końcu pokazał się w towarzystwie pierwszoklasistek z kółka, i olimpiad. Od razu zaczęły się u mnie problemy z oddychaniem. Pomagałam napisać zadanie Piek Pieki, ale też cały czas wpatrywałam się w plecy Zaistego. Całą przerwę przegadał z pierwszakami. Gdy wrócił pod klasę, powiedział tylko, że porozmawiamy o mojej olimpiadzie po lekcji. Żałądek zaczął mi strajkować. I z pewnością nie ze względu na jedzone przez cztery dni z rzędu salami. Stwierdziłam, że nie przeszłam i dlatego Zaisty nie powiedział mi od razu, ile mam pkt. Myślałam, że tam zemdleję. Po dzwonku podeszłam do niego. I co? 66 pkt! 82%! Tak przy okazji: z matmy mam 19/32 i Genialny Matematyk obiecał mi, że mnie nie zabije. 
Teraz przejdę do sedna sprawy. Na obiedzie Ona, Podróbka Grzywki, Grzywka i Piek Pieki usiadły razem, jak zwykle. Dla ułatwienia: Ona i Podróbka Grzywki: OPG, Grzyka i Piek Pieki: GPP. 
OPG: Ile K. miała z zamkniętych z polskiego?
GPP: 14.
OPG: A z matmy?
GPP: 20.
OPG: No, bo K. tak się przykładała do tej olimpiady i  powiedziała, że jej human zwisa i pewnie specjalnie pozaznaczała złe odpowiedzi. 
GPP: Tak. Na pewno by specjalnie zaznaczała złe odpowiedzi.
OPG: Tylko że ona poszła na olimpiadę i teraz myśli, że Zaisty nie weźmie jej pod uwagę tego humana. Ile ona w końcu ma z tej olimpiady?
GPP: Ponad 80%, na pewno przejdzie. Zresztą po co jej ten human, jeśli przejdzie dalej?
OPG: Może i przeszła teraz, ale do województwa na bank się jej nie uda. I wtedy będzie miała. 
Bardzo dziękuję Jej. Nie wypowiadałyśmy sobie wojny, nawet ostatnio nasze relacje jakby się trochę ociepliły. Jednak nasza "przyjaźń" to już chyba bardzo odległa historia. Aż mi żal się denerwować na obgadywanie Jej. Teraz Jej po prostu nienawidzę. Nie pamiętam ile dawałyśmy naszej "przyjaźni" ostatnich szans. Mam już tego serdecznie dość. Ale jak przychodzi co do czego, żeby podpowiedzieć Jej na sprawdzianie czy kartkówce, to do kogo się zwraca? Do mnie. Naprawdę. Nienawidzę Jej.  
2010-10-10
Aktualnie męczę się nad poprawianiem mojej rozprawki. Miałam zamiar obejrzeć sobie pewien film, ale jak się postanowiło okazać - nie ma go w Internecie. Został mi perfidnie usunięty. Obejrzałam wczoraj już jeden i bardzo mi się podobał. Jeszcze parę ostatnio widziałam. Robię to chyba dlatego, że szukam inspiracji. Do napisania kolejnego opowiadania. Poprawiłam drugi raz jedno z tych, które już napisałam. Pierwsze jest "zbyt mroczne" i nigdzie nie pójdzie. W sumie to pójdzie, ale tylko do Piek Pieki. Bo jej moje opowiadania w sposób nielogiczny bardzo się podobają. Napisałam też coś wczoraj, ale jest to zbyt głupie. Zaraz to wykasuję.
Szukam tematu niebanalnego. Stwierdziłam, że nie napiszę o miłości, bo ten temat stał się zbyt popuarny. Tak samo nastolatki z problemami. Wszędzie tego pełno. Więc znalazłam jeden temat, jeszcze nie za bardzo oklepany. Ten "mroczny"... to było bardziej takie już... zużyte. Weszłam ostatnio na pewne forum z tematami do opowiadań. Ktoś podsuwał pomysł, aby napisać o chłopczyku i dziewczynce, którzy kochali się od przedszkola. To jest takie... nudne. Ale nie mam już pomysłu. Fantasy... kocham czytać fantasy, lecz wiem, że nigdy nie napiszę czegoś podobnego. Nie potrafię.
Co do moich cudownych olimpiad... z niczego nie przejdę. Wolę tego raczej nie komentować.
Brat wczoraj przyszedł mi do pokoju z drobniakami. 1-, 2- i 5-groszówki. I zaczął je sobie wymieniać na 20-groszówki. W ten oto sposób moja świnka skarbonka niesamowicie przytyła i już kompletnie nic się w niej nie mieści. Znalazłam jeszcze jedną 5-groszówkę i musiałam się trochę nagimnastykować, aby ją tam wsadzić.
Mam odcisk od pióra. Palec mnie tak boli, że nie jestem w stanie pisać. A tu ta paskudna rozprawka czeka na przepisanie... Od jutra mamy egzaminy próbne. I wszystko byłoby całkiem milusio, gdyby nie to, że tam praktycznie zawsze są rozprawki. A ja nienawidzę rozprawek. Jak chodzi o historię... lepiej, żeby były daty w stylu: bitwa pod Grunwaldem lub chrzest Polski. Bo mnie się nie uśmiecha jakieś coś w stylu... no powiedzmy, że zburzenie Bastylli. 14 lipca... kiedyś tam. O, a z fizyki byłoby miło, gdybyśmy mogli mieć wypisane wzory :) Z chemii, żeby odpowiedzi były z góry podane, a geografia i wos mogą w ogóle iść sobie precz. Wos umiem tylko wtedy, gdy mam podręcznik i Internet. Zeszyt też bywa pomocny.
Do moich rodziców przyjechali znajomi i mieli imprezę do 1 w nocy w pokoju obok mojego. I śpij soebie człowieku... O północy robiłam zadania z angielskiego, bo spać się nie dało. A oczy mi się zamykały, więc nic bardziej ambitniejszego nie potrafiłam zrobić.
O! Przypomło się mi cosik. Otóż - Genialny Matematyk wściekał się na mnie od... no od dawna. Tak już z miesiąc. To spokojnie. I - nagle w piątek się jakiś takiś milusi zrobił. Coś mi tu śmierdzi. Kolejny konkurs? Hmm... Raczej nie... Jedno jest pewne - w poniedziałek mu przejdzie. Już ja się o to postaram.

"Łatwiej kochać wspomnienia niż żywego człowieka. "
~Pierre La Mure
 
2010-10-03
Trochę jestem przerażona. Zaisty chce, żebym się dostała przynajmniej do województwa z polskiego. A właśnie polskiego boję się najbardziej. Co prawda od miesiąca nie robię nic poza polskim i chociażby z tego powodu powinnam przejść. Ale... ja zawsze nie mam tej wiary w siebie, wiary, że się uda. W zeszłym roku zabił mnie głównie Robinson Cruzoe. Czy jak to się pisze... W tym roku... "Przygody Odyseusza" mam opanowane do perfekcji. Nad Narnią pracuję. Argonauci... tu pojawia się problem. Ale jest to krótkie. Syn marnotrawny jest krótszy niż króciutki. Adaś Mickiewicz. No, ten pan podpadł mi tylko puklerzami. I może Laszkami. Co tam jeszcze było... A! Obraz. I tyle. Ok, jakoś przeżyję. Jeśli nie przejdę, to trudno. Raz się wygrywa, a raz przegrywa.
W czwartek matma. Tu nie ma co dużo filozofować. Przejdę lub nie przejdę i tyle. Matematykę się umie albo nie. Jedyne, czego mogę być pewna, to że pójdę tam i dam z siebie wszystko.
Angielski... kiedy ten angielski mam, to nie wiem. Ale zacznę się do niego przygotowywać od soboty. Albo później, bo nie specjalnie palę się do poznawania historii Anglii. A to właśnie występuje na drugim etapie, więc idę w sumie tylko po to, żeby ucieszyć nauczyciela. I może żebym poczuła się głupia z angielskiego, bo taką możliwość daje mi tylko olimpiada. Ewentualnie wiedza, gdzie stwiamy "a", "an", "the" lub nic dalej pozostaje dla mnie czarną magią. Na tym głównie wyłożyłam się w zeszłym roku.
Jak na razie wszyscy starają się odciągnąć mnie od polskiego. Nawet dostałam propozycję wyjazdu do Lanckorony. Nie pojechałam. Bo ja czuję, że muszę się tego uczyć. Naprawdę chcę przejść. Może nie do województwa, ale chociażby do rejonu.
Mamy dzisiaj 3 października. A ja dalej nie zmieniłam kartki w kalendarzu z sierpnia. Postanowiłam jakby wyrzucić wrzesień z tego roku. I nawet nie zauważyłam, kiedy zniknął. A ja nie wiem, czy październik nie będzie gorszy... Już w tym tygodniu mam dwie olimpiady. Znalazłam. 22 mam angielski. Dwa tygodnie przygotowywania się - to aż za dużo.
Ech... nic mi się nie chce. Miałam zakaz, bo dostałam w środę 3 z historii. We wtorek dostanę znowu jakąś beznadziejną ocenę. I trudno. Uczę się teraz tylko polskiego i słówek na angielski.
Dobra, starczy tego narzekania. Miałam napisać jeszcze o czymś, co wydawało mi się ważne we czwartek i piątek... ale nie wiem czy dalej jest to aktualne.
2010-09-28
Chyba w końcu dociera do mnie, że nie daję rady. Za dużo mój orzeszek laskowy, zwany rozumkiem, sobie ubzdurał. W tym roku bierzmowanie samo w sobie potrafi dać człowiekowi w kość. Ale powiedzmy, że to jeszcze przeżyję. Orzeszek laskowy postanowił pójść na olimpiadę z polskiego. I tutaj orzeszek zaczyna się poddawać. Zaisty chyba sobie żartuje, że ja dam rady to wszystko zrobić... Pamiętnik i dziennik wyszły mi beznadziejnie. Poza tym niczego nowego nie napisałam. Muszę napisać dwa testy i w końcu przepisać hymn. Swoją drogą, nie wiem czy go nie zgubiłam. Mam pomysł na opowiadanie, ale czasu mi brakuje. Przydałoby się też dokończyć notatki z "Podróży <<Wędrowca do Świtu>>". Notatki koleżanki.
Teraz z innej beczki. Matma. Chyba Genialny Matematyk nie chce mnie na tej olimpiadzie... jestem za głupia... Próbowałam dzisiaj zrobić kilka zadań. Ale już nie mogłam. Wariowałam. Gdy do tego doszedł wos, z którego mam jutro kartkówkę i muszę uzupełnić dwa rozdziały w ćwiczeniach... chodziłam po pokoju w stanie skrajnej rozpaczy. Chciało mi się płakać, lecz łzy nie chciały płynąć. Otworzyłam zeszyt do biologii. I ja tego nie umiem! A Basia B. uwielbia zapominać, że dziewczyn ma nie pytać. I ja mam dość! Serdecznie dość! Bo ileż można?! Historii nawet kijem nie tknęłam. Tak samo materiałów na olimpiadę z angielskiego. Do tego dochodzi śpiewanie na muzyce. W tym roku sami wybieramy piosenkę. A ja nie mam pojęcia jaką! A decyzję trzeba podjąć do czwartku. Mam na oku dwie, ale... nie wiem czy dam radę którąkolwiek zaśpiewać przed całą klasą. Bo z nerwów w jednej mogę nie dociągnąć do wysokich dźwięków, a w drugiej - do niskich. Oprócz tych dwu są jeszcze inne. W jednej jest takie naprawdę niewinne przkleństwo, lżejsze nawet od polskiej "cholery", ale facet się może przyczepić. Ostatnia... w niej jest takie dziwne przejście i nigdy nie pamiętam, jak je trzeba śpiewać. I znowu jestem przeziębiona. Został mi tydzień. Tydzień! Nawet się boję powiedzieć Genialnemu Matemtykowi, że nie dam rady. Że się boję. On się na mnie wydrze. Zawsze byłam przekonana, że to Zaisty jest "mniej ludzki", ale widzę, że to nie prawda. Genialny Matematyk raz mnie pocieszył. Później już się tylko wściekał, gdy przychodziłam do niego i mówiłam mu, że już nie jestem siebie pewna. Czuję się, jakby mnie nienawidził. 
Tak teraz zupełnie inny temat. Zawsze byłam przekonana, że nie przeżyję bez przyjaciółki. Nic bardziej mylnego. Tylko z tego powodu trzymałam Ją przy sobie przez dwa lata. Dwa fałszywe lata, które nic nie znaczyły. Dotarło do mnie, że przecież radzę sobie bez Niej już dwa lata. I co, dalej miałabym sobie nie poradzić? Myślałam, że jestem zbyt nieśmiała, aby załatwić coś na własną rękę. Mam bardzo dobre koleżanki, więc jeśli mam jakiś problem, zawsze znajdzie się chociażby jedna, która mi pomoże. Piek Pieki nazwała mnie "very good friend". Takie jej skrzywienie na punkcie angielskiego. Natomiast Ona... nie pamiętam, kiedy ostatnio nazwała mnie przyjaciółką. Chyba kiedy w zeszłym roku twierdziła, że przyjaźnimy się 7 lat. Aha, ciekawe z której strony. 
Dobra, przyznaję, że sobie nie radzę. I muszę kończyć, zabrać się za... sama nie wiem za co. Można by się zastanawiać, po co zabrałam się za bloga, jeśli mam tak mało czasu. Ja już nie potrafię logicznie myśleć. Za dużo tego wszystkiego. W jakiś sposób musiałam z siebie to wszystko wyrzucić. A i tak czuję się niewiele lepiej.  
2010-09-26
Jeszcze się nie zdążyłam pożądnie wyspać po czuwaniu ;) Co prawda oczy mi się nie zamykają, ale chętnie pospałbym jeszcze trochę. Zanim znowu zasnę, postaram się opisać czuwanko ;)
Około 19.30 wyjechaliśmy sobie grzecznie z parkingu przed basenem i prawie grzecznie sobie jechaliśmy dalej. Powiedzmy, że młodzież przesiadła się na tyły i chłopcy śpiewali mniej lub bardziej cenzuralne piosenki. Nie wiem czy to pisałam, ale do każdego ucznia był jeden opiekun (rodzic, babcia, dziadek, ktokolwiek). Gdy dotarliśmy nad Jezioro Żywieckie wszyscy zaczęli wlepiać w nie gały, bo tak uroczo odbijał się w nim księżyc.
W Rychwałdzie odnalazłam Grzywkę i Piek Pieki. Od tego momentu trzymałyśmy się razem. Przez niezdecydowanie Piek Pieki, wylądowałyśmy na krzesłach, na których nie dało się spać, co najwyżej zawieść na krześle w rzędzie następnym. Gdy już zajęłyśmy miejsca, Piek Pieki zaczęła wyciągać wszystkie lekarstwa, które ze sobą zabrała. Ja, ona i Grzywka wzięłyśmy po jednej czekoladowej tabletce na gardło :) Gdy ksiądz (dla ułatwienia nazwę go Shrekiem, bo tak nazywany jest przez niemal wszystkich) powiedział, że można teraz skorzystać z toalety, żeby później wychodzić, z kościoła wyszła chyba połowa ludzi. My poczekałyśmy chwilę, aby nie stać na polu bez sensu. Kiedy poszłyśmy, do damskiej dalej była okropna kolejka, ale męska była pusta. Powoli dziewczyny zaczęły oblegać ubikację męską, ale zdąrzyłyśmy jeszcze przed tłumami. Strasznie tam śmierdziało.
Gdzieś 20 po dziewiątej Piek Pieki wyciągnęła witaminę B. Zobaczyła to siedząca przed nami Dobranocka, więc wzięła jedną tabletkę. To samo zrobiła Grzywka i Ona, która siedziała obok Dobranocki. Piek Pieki zapytała mnie, czy ja też chcę. Wzięłam i zrobiłam najmądrzejszą rzecz z nas wszystkich. Połknęłam tabletkę od razu. Dobranocka i Ona zaczęły ją ssać, a Grzywka pogryzła. Wszystkie trzy narzekały chyba z pół godziny, jakie to było ohydne. O 11 zaczęła się druga fala pielgrzymkowa w stronę toalet. Poszłyśmy też ja, Piek Pieki i Grzywka. Zamiast wrócić do kościoła, Piek Pieki wyciągnęła czekoladę i zaczęła rozdawać wszystkim dookoła. Chyba po naszym powrocie zaczęła się koronka, a po niej 20-minutowa przerwa do północy. Na polu było całkiem przyjemnie. Lekki wiaterek, przyjemnie ciepło, księżyc oświetlał okolicę. Napiłam się kawy, pogadałam z koleżanką. O północy była msza. A! Wiem! Wiem, co było wcześniej, przed przerwą! Shrek zaczął mówić Wierzę w Boga i wszyscy stwierdzili, że chodzi mu o Credo Mszalne. No to mówimy, mówimy, ale zaczął nas korygować. Chodziło mu o Skład Apostolski. No to dobra, przez chwilę mówiliśmy poprawnie, ale znowu pozmienialiśmy na Credo i wyszło coś bardzo dziwnego :) Po mszy nastąpiła godzinna przerwa. Na bigos, drożdżówkę i herbatę :) Jesteśmy pierwszym rocznikiem, który spotkała taka niespodzianka :) Wcześniej trzeba było brać wszystko z domów. Ile się musieli ci Franciszkanie urobić... Jeden zaczął ubolewać, że tak mało drożdżówek jemy. Mój tata spotkał koleżankę mamy, która powiedziała mu "Dzień dobry". O 1.30. No dobra, może i było w miarę jasno, ale bez przesady... Poszłam szukać Piek Pieki i Grzywki. Znalazłam je, ale siedziały na krawężniku i wyglądały na lekko przymulone. Dałam im spokój i podeszłam do dziewczyn z kółka z matmy, zadając im inteligentne pytanie: "Czy wy to wy?". O 2 w nocy człowiekowi jest już wszystko jedno czy klęczy 5 minut, czy 35. Nawet mnie kolana nie bolały, ale o 2.35 poszłam do toalety z Piek Pieki i Grzywką. Specjalnie mi się do ubikacji nie spieszyło, więc poleciałam do lasu zaczynającego się tuż przy kościele. Przyszedł do nas Patriszio i stwierdził, że możemy tak stać do czasu odmawiania przez naszą klasę różańca. Nie podobało mi się to specjalnie, więc weszłam do kościoła z Dobranocką i Nią. O 3 wyszliśmy na polko na drogę krzyżową. A o 4 nadszedł czas na nasz różaniec. Udało mi się nie pomylić, ale przy podchodzeniu do... ambony? wzięłam i zahaczyłam o dywan. Później już spokojnie oglądałam drzwi ukryte w obrazach. Jeden kolega z klasy chyba ani raz nie powiedział dobrze. "Błogosławionaś Ty między gwiazdami". Czy jakoś tak :) "Zdrowaś Maryjo, łaskiś pewna... nie, nie, nie!" I cały kościół w śmiech. Później pierwsze ławki leżały ze śmiechu, bo zaczął tam chodzić jakiś robal. Którego Dobranocka bezceremonialnie zdeptała przy powrocie z toalety. Przy wychodzeniu z kościoła został jeszcze pokopany, a jego... ciało, skorupka, pancerz (niepotrzebne skreślić) szurało po podłodze, wydająć taki metaliczny odgłos. I po zdeptaniu wyglądał ten robak jak latający spodek, który nie lata. Do domu wróciliśmy przed 6, a spać poszłam o 8. Wstałam o 13, ale oczy zamykały mi się już o 16. Przepisywałam przemówienie i już mi się literki okropnie mieszały. A z tego przemówienia udało mi się wydusić -6! Jestem z niego dumna :) Przez to, że w piątek odbyło się niespodziewanie kółko z polskiego, muszę teraz przepisać moje obydwa opowiadania i napisać trzy kartki z dziennika, po czym zamienić je w pamiętnik. Wczoraj gdy się obudziłam zobaczyłam na stole kolejną część czytanych przeze mnie księżek w wakacje i od razu zabrałam się do lektury. Teraz mam problem, bo tylko bym czytała, a przepisywać to mi się tak chce...
Dzisiaj musiałam wstać o 7, żeby zdąrzyć zrobić zadania. Spałam ponad 9 godzin i się nie wyspałam... :)
Trochę mi to długie wyszło. Bo w ogóle mi się długość tygodnia zwiększyła ze dwa razy po tym czuwaniu.
A jak chodzi o kartkówkę, to ja bardzo często zapominam o kartkówkach, zwłaszcza z angielskiego. O dziwno napisałam bezbłędnie, dostając już chyba szóstą +5 w tym roku. Zaryzykuję stwierdzenie, że angielski przychodzi mi równie łatwo jak oddychanie :)

Zobacz serwisy INTERIA.PL